Menu

Ciuranie krawężników

Zawiera: Zupełnie subiektywne i często nieciekawe historie i anegdotki z wycieczek. Nie zawiera: Przydatnych porad, cenników, wskazówek i całej masy innych mało interesujących faktów.

Odessa - igraszki i swawole.

equiz

Brak stopowania i kimania gdzie popadnie uaktywnił skrywane gdzieś głęboko turystyczne zapędy spod znaku " rodzina 2+2 na wykupionych wczasach". Wczasy są super, każdy lubi wczasy, a Odessa proponowała wczasowanie pełna gębą. Zrzucamy więc fasadę niepokornych podróżników i poświęcamy jeden dzień na oddawanie się wczasowym uciechom. Na pierwszy ogień - podstawa nadmorskiego wywczasu - plaża.

Morze od zawsze było moja ulubiona atrakcją. Tym razem przypadło pluskac się w morzu czarnym. Obieramy azymut i zasuwamy na plażę po drodze wbijając się przypadkiem na teren czegoś w stylu białoruskiego szpitala wojskowego, o czym dowiadujemy się w momencie wyprowadzania przez mundurowych. 

Sama plaża pełen wypas. Słoneczko naparza jak szalone, dzieci krzyczą, młodzież skacze z pomostu, a dorośli żłopią piwo. Za krzykiem nie przepadam - z pozostałych rozrywek szczodrze korzystam. Do kompletu dodam jeszcze łazenie po skałkach i degustacje suszonych krewetek i cholernie słodkich wafli rozmodlonych przez plażowych handlarzy. Jeśli tak nie wyglądają prawdziwe wczasy, to kurna nie wie m jak. Tylko parawanów brakuje. 

 Prawdziwy sztos czekał nas jednak wieczorem. 

Po zaliczeniu większości atrakcji w tym delfinarium ( wiem, wiem ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten kto nigdy nie był w zoo) docieramy do miejsca na które osteze sobie pazurki os tygodnia. Deptak nad deptaki, centrum hałasu i paździerzu, kwintesencję kurortowych rozrywek, studnie na cały posiadany hajs - ulica Deribasowska. 

Deribasowska i jej okolice to wyłączone z ruchu uliczki usiane hotelami, gwiazdkowymi restauracjami i nocnymi klubami, gdzie lokalna i przyjezdna młodzież w markowych strojach popija margeritę. Raj dla ekskluzywnych prostytutek i podstarzałych właścicieli drogich aut w białych polówkach. To w lokalach. A na ulicy? Pełen cyrk. Dzieci, konie, wata cukrowa i cała gama gierek i zakładzików. Zakładziki są świetne - kto w amoku zabawy i lekko podpity nie zechciałby się sprawdzić w sportowych wyczynach? Za kilka groszy? Zaimponować kumplom i dziewczynie i zgarnąć symboliczną nagrodę? Moje zamiłowanie do lekkiego hazardu skacze pod sufit i obrzuca się konfetti. A zabawa niegroźna. Dla młodych przedsiębiorczych - zarobek, dla gawiedzi - radość.

Zaczynamy rajd po gierkach. Przystanek pierwszy - bramki.

- Jeszcze raz, bo nic nie zrozumiałam. A co tu właściwie chodzi? - zapytuję uprzejmie trójkę dresów z piłką.

- No, trzeba kopnąć piłkę do bramki, tak żeby przewrócić butelki - tłumaczy drechol, ustawiając dwie butelki po coli wypełnione wodą w świetle brameczki. Do wygrania jest wino - jeden strzał 10 hrywien. Szukam haczyka. Podpuchą jest to, że butelki rozstawione są dokładnie na szerokość piłki - parę centymetrów w lewo albo w prawo i nie da się zbić dwóch za jednym strzałem. Dresik chyba jednak krótko siedzi w biznesie, bo ewidentnie ustawia butle za blisko siebie. Szanse rosną. Pierwszy strzał i....

- Suka blat - wykrzykuje drechol. Butelki pokonane, winko w nasze łapy. W szczycie bezczelności zapytuję jegomościa czy ma do kompletu korkociąg. Nie ma.

Kilkaset metrów dalej, znowu próbujemy szczęścia - tym razem mój konik - koszykówka. Dziadeczek w sportowym stroju z gwizdkiem, rozstawił kosz i zachęca do oddawania rzutów osobistych. Rozpisał sobie nawet karteczkę - 3/10 - cośtam cośtam, 4/10 co innego. I tak dalej. Rzucam pierwsza. Browary dają o sobie znać. Okrywam się hańbą, rzucając 5/10. Dostaję dwa cukierki i przypinkę. 20 hrywien w plecy.

Nakręceni lecimy dalej - Dart. No do diaska, kto jak nie ja. Na studiach byłam członkiem znakomitego koła naukowego. W piwnicznej siedzibie mieliśmy tarczę do darta. Razem z kolegami, założyliśmy oficjalną sekcję naukową - Koło praktyków problemów społecznych i socjologii sportu. W praktyce podczas wykładów waliliśmy browary i cięliśmy w darta. Pytam łysego grubasa o zasady udziału.

- A wy skąd?

- Z Polski -.

- Oooo! Świetnie, lubię polaków. Jak przychodzą ruscy to czasem im mówię, że nie mogą zagrać -

Jasne, jasne. Jak płacą to nagle cały narodowościowy problem znika szybkiej niż flaszka na ukraińskim weselu. Ale miło to słyszeć. Gra wygląda tak: Pan dysponuje czymś na kształt regału podzielonego na małe półeczki - jak szachownica. Na każdej półeczce jest nadmuchany balonik. Półeczek jest 36 (albo 49). Żeby zgarnąć nagrodę trzeba zbić 10. Na 10 rzutów - do wygrania - Metrowy miś. No bez kitu, wesołe miasteczko jak żywe. Wolałabym wino, bo misiek ma gabaryty większe od mojego plecaka, ale sport jest sport. Najwyżej jakiś dzieciak będzie się cieszył.

- Pierwszy raz? - pyta łysy. Juhuuu

- Pierwszy - puszczam mu oczko.

Wybucha śmiechem, kiedy przyjmuję profesjonalną pozycję. To lecimy. Pierwszy rzut, bam, balonik pęka. Drugi, bam, trzeci też. Przy siódmym zatrzęsła mi się ręka.

- Suka blat - tym razem ja wykrzykuję, bo z maskotki i wiecznej chwały nici. Ze smutku rozpijamy wino, przy akompaniamencie ulicznego bandu. Nabrawszy animuszu po lokalnym napitki postanowiłam naprawdę mocno się rozerwać ( w kategorii wczasowe rzecz jasna). Wybór padł na elektryczne deskorolki. To ten sprzęt na którym się staje, pochyla do przodu i w takiej durnej pozycji samo jedzie. Taki segwey bez kierownicy. Takie ustrojstwo na którym dzieciaki kręcą osemki. Taki na który ledwo wlazlam. Jezu, jakie to było wyzwanie. Gościu z obsługi skręca się że śmiechu, ale po 300 m opanowalam jazdę na tyle żeby wyruszyć na wycieczkę. I mknę zgrabnie wymijajac stoiska z popcornem, dzieci z balonikami, pomniki. Śmietniki nie. Z impetem trafiam w kosz. Każda wycieczka kiedyś się kończy, to był koniec mojej. Szukałam kiedyś takiej deski na e-bayu. Stwierdzam się w przekonaniu, że dobrze że na szukaniu poprzestałam. 

Deptak powoli się wyludnia. Dzieci idą spać, dorośli do knajp, a handlarze i oszuści od zakładów liczą zyski i zawijają interes. Ostatnim interesującym miejscem jest mały placyk na początku deptaka. Tam właśnie młody chłopak w kozackim stroju gra na bałałajce. Śpiewa mocnym głosem ukraińskie pieśni. Smutne, chwytające za serce. Kiedy intonuje "Spodoblas meni", które to Bohun wygrywał spogladając na Helenę, łzy cisną się do oczu. Spędzamy z kozakiem prawie godzinę. Gdy kończy, rzucamy kasę i proponujemy piwo. Nie pije. Szkoda.

My też nie pijemy, bo akurat piwo wyszło. W okolicznych knajpach ceny napitków przyprawiają o zawrót głowy, starym sposobem szukamy zatem pijącej na murku młodzieży coby zapytać o okoliczny sklep. Jest bliżej niżby się wydawało tylko schowany w bramie.

- Do której macie pani kochana czynny też przybytek? - pytam, regulując rachunek.

- Do północy. Ale dam wam swój numer telefonu i jak coś to dzwońcie to otworzę. Wszyscy tak robią. - zapewnia pani, zapisując na karteczce cyfry.

Dzwonienie do monopolu po nocy nie jest elementem typowych wczasów jakie sobie zafundowaliśmy, chowamy więc numer do kieszeni. Przyda się jak wrócimy do starych nawyków.

--------------------------------------------------

Na odeskie wczasy zapomniałam zabrać aparatu i aż mnie skręca bo okazji do dobrych zdjęć było aż nadto. W zamian proponuję link do Bohunowej piosenki:

dumka

 

 

 

 

 

 

Komentarze (1)

Dodaj komentarz

© Ciuranie krawężników
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci