Menu

Ciuranie krawężników

Zawiera: Zupełnie subiektywne i często nieciekawe historie i anegdotki z wycieczek. Nie zawiera: Przydatnych porad, cenników, wskazówek i całej masy innych mało interesujących faktów.

Indonezja - Co i gdzie jeść od Jawy po Flores cz. 1 czyli "Co" (w cz.2 spodziewamy się poruszenia tematu "gdzie")

equiz

Statua ze złota i papryczek chilli dla tego kto wymyślił język indonezyjski. Dzięki racjonalnemu słownikowi i alfabetowi znanemu mi z własnego podwórka - pierwszy raz w Azji, będąc nawet na kompletnie nie-anglojęzycznym zadupiu, miałam całkowitą świadomość tego co zamawiam, a przynajmiej obyło się bez mało śmiesznych niespodzianek (wiesz, zamawiasz coś co brzmi jak kwitesencja lokalnej kuchni, a dostajesz kompot z kurzych łapek I błota).

Indonezyjczycy nie stosują wyrafinowanych nazw. Jeśli w daniu jest ryż I kurczak, nazywa się to ryż z kurczakiem. Nieźle co? I przyjeżdża potem taki obcokrajowiec do siebie i opowiada, jak to nie zajadał się ayam goreng i pyszni się swoją egzotyką, tarza w chwale podróżnika i człowieka światowego, a nikt się nawet nie domyśla, że ten cud lokalnej kuchni zajadał w podrobionym KFC.

Przejdźmy zatem przez podstawowe zwroty:

Ayam - kurczak (to już wiemy). Goreng - smażony. Nasi - ryż. Mie - kluchy. Bebek - kaczka (może nie tak popularna jak reszta, ale jaka urocza z nazwy), Padang - sos z orzeszków ziemnych i chilli dodawany do wszystkiego. Sambal - ostry sos. Tyle. Rzecz jasna kuchnia indonezyjska jest rozbudowana i zróżnicowana, ale mając taka bazę nie wyjdziemy z knajpy głodni. Szczególnie, że niemal każdy warung serwuje w gruncie rzeczy to samo. Do warungów wrócimy, a tym czasem zapraszam na mały przegląd szamy:

Rengang - Pozwole sobie zacząć od legendy, która do Indonezji tak naprawdę mnie przygnała. Lata temu trafiłam na ranking jednej z podróżniczych redakcji zaczynającej się na N a kończącej na ationalgeographic. W tymże ranking Rendang plasował się w pierwszej trójce, a opis długo gotowanej wołowiny w mleku kokosowym i przyprawach korzennyh wywołał we mnie niekontrolowany ślinotok i jeszcze mniej kontrolowaną potrzebę udania się do Indonezji jak najszybciej. To danie wyobrażałam sobie w kategorii armomatycznego gulaszu, tymczasem mleko kokosowe redukuje się do zera i efektem finalnym jest wołowina otoczona smakiem nie porównywalnym do niczego. W większości warungów, na które trafiłam podawane na zimno z ryżem (o warungach i czemu do diabła na zimno - zaraz). Ciepły i obłędny Rendang pierwszy raz zjedliśmy w Malezji. NG się nie myliło, jest to światowe Top3.

 DSC05007

Nasi Goreng - smażony ryż w opcji z warzywami/kurczakiem. Jak (moim kurna zdaniem) cała kuchnia indonezyjska - nie jest mocno doprawiony, stopień ostrości zależy od tego ile konkretny konsument wciepie chilli, które znajdzie na stoliku. W zestawie z sadzonym lub wmieszanym w ryż jajkiem. Tania i bezpieczna opcja, dostępna wszędzie od rana do nocy. Efekt wow - mocne 2/10 - nie jade na drugi koniec świata, żeby jeść ryż z delikatną mieszanką przypraw - niektórym smakuje. Niektórzy też jedzą naleśniki (blaht!).

e9cc537c88364b50b9eab493189f2cc7011

(Ok to jest zdjęcie ukradzione że strony: http://www.recipesbnb.com/nasi-goreng-indonesian-fried-rice/94953  .Bez filtrów wygląda to tak jak poniżej) 

DSC03587

Mie Goreng - jak wyżej tyle że z makaronem.

DSC03834

Soto Ayam - Zupa z ryżem, kurczakiem i pasta curry. Aromatyczna, rozgrzewająca, bez zbędnych składników. Na kaca wchodzi jak złoto.

DSC04181

Gado- gado - Podejrzana sprawa. Sałatka warzywna na ciepło/zimno z sosem z orzeszków ziemnych i chilli. O warzywach nie ma się co rozpisywać, każdy widział chociaż jedno warzywo w życiu na żywo albo w telewizji. Ale sos. Ten sos, jak już miałam honor wspomnieć rozbija bank. Powstaje na bazie prażonych fistaszków, pasty krewetkowej i płatków chilli. Widziałam też jak dorzuca się do niego grillowane pomidory. Z tym sosem można jeść absolutnie wszystkie, nic dziwnego, że nawet ogórek na ciepło smakuje dogodnie.

Gado_gado(moje zdjęcia gado gado wsiąkły więc kradnę z https://commons.m.wikimedia.org/wiki/File:Gado_gado.jpg)

Sataye - klasyk gatunku. Skrawki kurczaka/woła/koźlęcia na patyczkach rzucone na żywy, wysoki ogień. Zjarane z wierzchu, soczyste w środku. Najlepsze są w wysoko wyspecjalizowanych ulicznych budkach składających się z długiej rynny grilla i dwóch gości - jednego od kurczaka, drugiego od mieszanego na bieżąco sosu. Zazwyczaj kupujemy wielokrotności pięciu, a cena uzależniona jest od chwilowego widzimisię sprzedawcy. 

DSC032541

Cap- czy - gotowane i smacznie warzywa, jednym słowem nic specjalnego. Dopóki nie spróbuję się wersji z tempehem, który jest absolutnie moim odkryciem tego wyjazdu. tempehem to wytwór z soji, ale nie ma gładkiej struktury jak tofu, a zadziorną i chrupiącą całymi ziarnami. Jest świetny gotowany, smażony i surowy. 

DSC03329

 

I na koniec ukochane danie Indonezyjczyków - warble - Kurczak z Frytury - fanfary.

Nóżki w panierce smaży się na okrągło, w mniej lub bardziej tradycyjnych lokalach - od podejrzanych knajp po równie podejrzane knajpy, ale dumnie imitujące KFC. Wyobraźcie sobie robotniczą dzielnię w sporym mieście jakim jest Kuta na Bali. Trochę kurzu, zakłady szewskie i pralnie, dzieci biegają na boso za skuterami, w paru warungach właściciel z wąsem smaży ryż na brudnej patelni, a na stolikach leżą niedopałki. I nagle obok wyrasta IFC - Indonesian Fried Chichen, z chłopkiem w fast foodowym mundurku, dużym banerem i przeszkloną ladą na której układa się kurczaki. Tyle że bez drzwi wejściowych. Są nawet frytki w karcie, chociaż trzeba na nie czekać pół godziny, bo nikt nie zamawia frytek skoro kosztują 5 razy tyle co ryż. Boki zrywać. Cała durna otoczka jest zbędna, bo kurczak w papierce broni się sam i nawet papierowa czapeczka chłopka na kuchni mu nie przeszkodzi.

 

 

Mataran, Lombok - o normalnej Indonezji, a nie jakimś tam rajskim Gili ze złotym piachem

equiz

Przed wyspą Lombok przestrzegali nas zarówno znajomi jak i nieznajomi z internetu. Nie silili się przy tym na uprzejme opinie w stylu "Lombok jest ładny, ale infrastruktura jest delikatnie rzecz ujmując zaniedbana" lub "Ludzie mili i gościnni, ale ciężko znaleźć kosze do segregowania odpadków". Pisali raczej "śmieci, żygi i syfillis nawet szprotki zawracają przy wybrzeżu".

Prosto z rajskiej Gili jedziemy zatem obczaić o co tyle krzyku i czy z Lombok wyjedziemy z miłymi wspomnieniami czy z kokluszem. Umówmy, się za wiele czasu w tej Indonezji to nie mamy, nie uda nam się zatem dokładnie zweryfikować wszystkich Lombokowych ploteczek - uderzamy do Mataran, stolicy wyspy, żeby chociaż liznąć klimatu, a jednocześnie ogarnąć dalszy transport. Chcemy poczuć prawdziwą Indonezję, a nie ten cały turystyczny (ale jakże miły) shit.

Moment wybraliśmy idealnie - nad Gili po raz pierwszy od przylotu zbierają się deszczowe chmury. Właściciele knajpek w pośpiechu zwijają ogródki i zakładają czapki, a turyści dopijają drinki coby za bardzo nie rozcieńczyć ich deszczem. Czas na nas - na Gili w porze deszczowej niewiele jest do roboty.

Na promie, poznajemy (hmmm... dajmy na to) Sławka. Sławek jest rodowitym mieszkańcem Lombok i dysponuje furą zaraz w porcie. Zaprzyjaźniamy się z okazji moich ataków płaczu przy każdym bujnięciu łajby. A buja mocno i co chwilę. Ja panikuję, Sławek się ze mnie wyśmiewa i tak po chwili proponuje nam podrzutkę do stolicy w wyjątkowo korzystnej cenie. Czasem jednak warto zrobić z siebie durnia i dostarczyć lokalsom rozrywki.

Razem z nami jedzie Belg, który w porcie zaczepił Sławka. Belg zajmuje się dochodowym biznesem w internecie, przeniósł się więc na Gili bo jest ładniej niż w Belgii (no kto by się spodziewał!), a do pracy potrzebuje tylko dobrego Wi-Fi i Paypala. Belg z łatwością posługuje się Indonezyjskim, co jest pewnym zaskoczeniem. Zdradza nam sekret: Indezyjski jest mega łatwy.

Z czasem przyznajemy mu rację. Indonezyjski kompletnie nie przypomina azjatyckich języków z którymi mieliśmy kontakt. Tajskie miauczenie, języki tonalne, natłok samogłosek i dziwaczny akcent? Nic z tego. Indonezyjski jest zajebisty. Łaciński alfabet, prosta wymowa, długie i naszpikowane spółgłoskami słowa - bajka dla każdego europejczyka. Do tego ograniczona do minimum gramatyka. I tu - proszę państwa - czapki z głów dla pomysłodawców tego zamieszania. Wyobraźmy sobie bowiem, że Indonezja jest znacznie większa niż województwo świętokrzyskie i zamieszuje ją ponad 300 (!) grup etnicznych, które posługują się w sumie 250 językami, a dialektów jest od cholery i jeszcze trochę. Jak powie nam przewodnik parę tygodniu później - gdyby miał mówić w swoim narzeczu, nie dogadałby się z sąsiadem z wioski obok, bo ich języki nie są nawet podobne - . To, że w ogóle dogadali się i ustalili zupełnie nowy język i cała populacja zgodziła się jako tako go używać można uznać za sukces na skale światową. A stało się to nie tak dawno bo w 1949 roku - nowy język powstał na bazie malajskiego i holenderskiego. Według wikipedii dla 154 milionów ludzi jest to język wyuczony - to tak jakby z dnia na dzień w Europie wprowadzono nową, kompletnie nie podobną do tego co do tej pory mowę i kazano się wszystkim z marszu nauczyć, dodając zupełnie nowy alfabet. Nie da rady? No proszę, a im się udało. Ale wróćmy na Lombok.

Mataran spełnia nasze oczekiwania. Pachnie smarem od autobusów i deszczem. Ludzie nie chodzą w hawajskich koszulach i nie palą dżointów tylko pracują i zakładają rodziny. Zamiast miękkiego piasku, pod nogami mamy popękane krawężniki i kości kurczaka. Bezpieczne burgerownie i hipsterskie vege knajpki serwujące napoje z surowych migdałów czy inne bzdury dawno przepadły - je się w podejrzanych, zakurzonych i kompletnie nieapetycznych ulicznych budach. Teraz jesteśmy w normalnym, prawdziwym mieście gdzie mieszkają inonezyjczycy, a nie rozanielone i podkręcone hologramy indonezyjczyków w kolorowych portkach.

DSC03552

W mieście są dwie atrakcje - galeria handlowa (która wyróżnia się tym, że nie ma w niej zbyt wiele sklepów, za to można palić szlugi w środku) i całkiem atrakcyjny meczet, podobno numer 2 w indonezji - zaraz po tym w Dżakarcie. I tu pozwole sobie na wtrącenie o kolejnym zróżnocowaniu Indonezji - religijnym. Cofnijmy się o bardzo dużo lat, kiedy w Indonezji czciło się drzewa, makaki i głowy obcinane najeźdźcom (co spora część lokalsów czci do tej pory i ma do tego prawo). I nagle zaczynają się kontakty handlowe. Bam! przyjeżdżają europejczycy - i niektóre wyspy przechodzą na chrześcijańsko. Myk! Zajeżdża jaki arab z garnkiem złota - no to wyspa przechodzi na islam. Siup, pojawia się hinduski książe z kociołkiem curry z kurczaka - no i wyspa przyjmuje hinduizm. Mimo, że zdecydowana większość Indonezji wyznaje Islam, mamy Bali z przewagą buddystów, Flores gdzie szerze się katolicyzm, a na pozostałych wyspach wszystko jest tak wymieszane, że nie da się połapać.

IMG_20180220_154726_273

- Na Lombok wszyscy się nawzajem szanujemy i uznajemy inne religie, gdyby nie to byłoby bardzo trudno. Ale nauczyliśmy się żyć wszyscy razem - tłumaczy nam przewodniczka w meczecie. Brzmi świetnie i chyba sprawdza się w praktyce. Na ulicy niektóre kobiety chodzą w chustach, niektóre nie, niektórzy goście piją piwo, niektórzy nie i nie wygląda jakby komulolwiek to przeszkadzało. Sama przewodniczka jest mocno zszokowana naszą wizytą, na nadmiar turystów Mataran nie narzeka.  Osobiście oprowadza nas po przybytku chwaląc ruchowe schody i windy. Windą wjeżdżamy na szczyt wieży, zobaczyć czy z góry miasto wygląda tak samo nijako jak z dołu. Wygląda.

DSC03580

- Co warto jeszcze zobaczyć w Mataranie? - pytamy przwodniczkę.

- Jeśli lubicie zakupy możecie iść do Galerii, o tam - wskazuje palcem. Zakupy lubimy niemal tak samo jak palenie w miejscach publicznych i automaty do karaoke, więc do galerii z pewnością się wybierzemy jeszcze raz. Szczególnie, że zaczyna padać. Szlajamy się bez celu w deszczu, który przybiera na sile, jemy pierwsze prawdziwe indonezyjskie jedzenie z podłej budy na tyłach sklepu, mokniemy i kłócimy się z właścicielką hotelu o godzinę wyprowadzki. Takie oto atrakcje zaserwowało nam Lombok, które nie było pokryte błotem i dżumą, ani przepiękne i insporujące. Jest takie każde i żadne, takie do którego się nie wraca, ale nam poczucie, że nikt cię nie robi tu w ciula i wszystko wygląda tak samo przed jak i podczas twojego pobytu.

( Dla jasności: Lombok to rzecz jasna dużo więcej niż tylko Mataran i dowiemy się o tym z pierwszych rąk wielu osób, które przyjdzie nam spotkać. To plaże, wielodniowe trekingu w poszukiwaniu wodospadów, wulkany i inne kosmiczne atrakcje. Tym razem, nie udaje nam się tego sprawdzić nad czym ubolewam, bo jesteśmy pipy i trzeba było na Indonezję poświęcić pół roku. Niestety smoki wzywają)

 

 

Gili Trawangan - Kuchnia - Co jeść gdy krewetki serwuje się w bryle lodu?

equiz

Mamy drodzy państwo wyspę. Wyspy mają to do siebie, że dookoła znajduje się woda - w tym wypadku ciepła i sprzyjająca mnożeniu się wszelkiego pysznego morskiego robactwa. Mamy też Indonezję - z całą gamą przypraw, owoców i kulinarnym zacięciem. Koniec z kapuśniakiem i śląską z grilla. Witajcie krewety, kraby, homary, żółte jak słoneczko mango i pachnący orientem ryż. Ahoj przygodo. 

Mamy wyspę. A wyspa ma jeszcze jedną cechę. Nie za bardzo jest gdzie z niej uciec i jeżeli nie mamy tyle samozaparcia, żeby w porze obiadowej spakować rodzinę do kajaka i zapieprzać na najbliższe wybrzeże, to jesteśmy skazani na to co akurat nam dadzą. A dają różnie. 

Kuchnie indonezyjską odkładamy na później. Prawdziwe smaki poznamy dopiero na Bali, Jawie czy Lombok, w zapyziałych knajpach, w dobrych restauracjach i na ulicy. Nie liczę, że na Gili zjem najlepszy Nasi Goreng w życiu, ani że jakiś lokalny szef urządzi mi indonezyjski fine dining za rozsądne pieniądze. Jesteśmy do diabła, w najbardziej turystycznym miejscu w okolicy, gdzie doprawia się pod turystę i to turystę specyficznego - bo zazwyczaj na kacu. Mało tego - turyście trzeba tę paszę przywieźć. Po Gili chodzą pojedyncze kurczaki, widziałam nawet krowę, ale do wyżywienia kilku tysięcy osób dziennie potrzeba znacznie więcej. Warzywa, Ryż, Mięso przywożą codziennie promy z Lombok co wpływa zarówno na jakoś jak i na cenę. Ale hola, hola jest przecież coś czego przywozić nie trzeba, a wystarczy wejść do wody. Ryby i owoce morze. I co? I guzik. Wokół Gili obowiązuje zakaz połowów ze względu na rafę, a zatem i rybkę przywozi rano łódka z Lombok. To tyle w kwestii produktu. 

Wczesnym wieczorem restauracje rozstawiają stoliki na plaży, a kucharze w białych fartuchach rozpalają gigantyczne grille. Młode dziewczyny wypisują kredą na tablicach: Krab, homar, przegrzebki, krewetki. Ceny za 100 g przyprawiają o zawał. Kucharz, ten w fartuchu tuż obok grilla rozłupuje wielką bryłę lodu. "O, chyba jakaś dziunia zamówiła bardzo duże Mohito" - myślę. Mylę się. W lodowej kuli siedzą najsmutniejsze krewetki jakie można sobie wyobrazić. W innych kulach schowane są ryby. Nie powiem, żebym nie jadła nigdy dorsza w kostce z zamrażarki, ale do diaska - nie na azjatyckiej plaży.

Czy to znaczy, że na Gili nie da się nic zjeść? Da się, rzecz jasna. Jeśli tylko zapomnimy na chwilę o tym co czai się pod wodą i przejdziemy do systemu zwyczajnego żywienia, zalewanego obficie piwem.

Do wyboru english breakfast, kuchnia meksykańska, włoska i (uwaga, hit) szwedzka. Tutaj jestem kompletnie zaskoczona. Nie ma to jak klopsiki w egzotycznej scenerii. 

(Aj, okazuje się, że przepadła gdzieś fota szwedzkiej karty, moje serce krwawi)

DSC03493

W porcie znajduje się knajpa Le Petit Gili. Dają najlepsze burgery na wyspie, uczciwe i tanie. Do tego świeże, owocowe szejki i kawa mrożona jak z bajki. Smażony makaron broni się wszędzie, bo trzeba być wyjątkowym cieciem, żeby zepsuć smażony makaron. Znajdujemy też perełkę. Lokal nazywa się Juku Marlin i jak większość knajp może poszczycić się stolikami na plaży i dramatycznym ruchem. Postanawiamy zafundować sobie ładną kolację i przeciskamy się do jedynego wolnego stolika. Czuję się trochę jak zagubiony żuczek - mam w planach jedno danie, co zdaje się być wyjątkowym nietaktem. Idziemy w curry, krewetki w panko i smażony tempeh. Tuż obok wielkie chińskie rodziny zamawiają połowę karty, a kelnerzy dostawiają dodatkowe stoliki, żeby wszystko zmieścić. Nie dziwota zatem, że kelnerzy mają nas gdzieś, na kartę czekamy pół godziny. Na napoje też pół, potem pół na jedno danie i pół na drugie, chociaż byłoby sympatyczniej zjeść razem. Ale i tak wracamy. Jedzenie jestw porządku, ceny są sensowne, a całą resztą może przejmować się gbur co naoglądał się Gesslerowej. Tu są tropiki i czas liczy się inaczej.

 DSC03486DSC034831

Prawdziwa klasa dzieje się na nocnym markecie. W dzień handlują tam strojami kąpielowymi, w nocy pojawiają się malutkie straganiki z jedzeniem. Ruch jak w najlepszych wiejskich dyskotekach w karnawale, zasuwają zarówno kucharze jak i goście. Grille świszczą, kapsle od piwa strzelają, chłopaczki głośno zachwalają swoje stoiska - gwar jest prawie nie do zniesienia.

System jest prosty - do wyboru są ryby lub sataye. Ryby wyglądają na świeże, mają bajeczne kolory, ale nadal w głowie mam lodowe zabawy wypasionych restauracji na północy wyspy. Skoro tam za cenę kilograma złota dostajemy barakudę z mrożonki, ciężko mi uwierzyć, że na prostym i tanim bazarze może być inaczej. Idziemy w Sataye - grillowane szaszłyczki z wołowiny, kurczaka i tuńczyka. Przez hałas nie można się dogadać, gość za grillem nawet zresztą tego nie wymaga. Na palcach pokazujemy ile i czego. Sataye są świetne - muskane żywym ogniem, z największym osiągnięciem Indonezyjczyków - pikantnym sosem  orzeszków ziemnych. Ten sos mogłabym pić zamiast porannej kawy, a nawet (kurczę, zaryzykuję) zamiast wódki. Do mięsa można też dobrać 5 dodatków z rozłożystego bufetu - sałatek, krokiecików, owoców. Dodatki wołają o przyprawy i o nową fryturę, ale nie będę marudzić - są tylko zapychaczem do genialnych satayów i wywiązują się ze swojej roli. Ryż jest za free. Jak w całej Azji do każdej nawet najmniejszej przekąseczki dostajesz tonę parawanego ryżu. Zjeść? Nie dam rady. Wyrzucić? No jak. Wiele razy będę walczyć z babami na kuchni, aby darowały sobie temat ryżu, ale zawsze dostanę w zamian dziwaczne spojrzenie i ryż w prezencie. 

 DSC03526DSC03525DSC03524

Nocny market zaspokaja chwilowo głód lokalnej kuchni. Z Gili nie wyjeżdżamy głodni, ale nakręceni mocno na prawdziwe indonezyjskie smaki. I świetnie - opuszczamy bowiem turystyczną bańką i wyruszamy na podbój miejsc, gdzie knajpy zamiast zblazowanych szwedów wyżywić muszą lokalnych robotników. Którzy, chcą jeść lubią dużo, tanio i pikantnie. A my z nimi. 

(O samej kuchni indonezyjskiej, która jest wystrzałowa będzie osobny, konkretny i merytoryczny post, cierpliwości) 

Gili Trawangan - Czemu lepiej jest pod niż nad wodą i co można kupić w obskurnych budach.

equiz

 

- I jak tam, widziałaś żółwia? - pyta Przemek, kiedy w pół żywa wypełzam w płetwach na brzeg.

- No tego, właśnie jakoś nie bardzo. Ale zobaczę? -

- Zobaczysz. Każdy zobaczy -.

Przemek razem z kolesiami wypożycza maski i prowadzi restaurację. Jest dumnym właścicielem zachodniego imienia, a że nie wierzę że tak dali mu rodzice, nie mam żadnych skrupułów, aby nadać mu w tym wpisie pięknego słowiańskiego przydomku. A niech ma. Całe życie grzeje się w słoneczku, pije browar i ogląda żółwie, niech chociaż imię dostanie polskie. Dla równowagi. 

 DSC03502

 

Polowanie na żółwia jest najlepszą rozrywką na Gili. Prawdziwi poszukiwacze przygód wypływają skoro świt z na nurkowanie z butlą. My, szare żuczki, zadowalamy się pływaniem z maską przy brzegu. I chyba wygrywamy. Przybrzeżna rafa na Gili jest absolutnie zjawiskowa. Nie myślałam, że na stare lata znajdę coś nowego do roboty i będę czuła taką samą frajdę jak gdy w wieku lat czterech pierwszy raz wsiadłam do elektrycznego helikoptera, pod jakąś speluniastą knajpą w Kołobrzegu. Helikopter zasuwał góra - dół, światełka mrugały, a ja mimo nad wyraz młodego wieku czułam się królową świata, a co najmniej burmistrzem Kołobrzegu. Pluskając się wśród rybek w kwasowych kolorach, rozgwiazd i koralowców znowu czuję się jak w helikopterku. W wodzie siedzę godzinami. Co szybko obraca się przeciwko mnie.

- Co do diabła Ci się stało? - pyta Przemek, gdy na drugi dzień przychodzę po maskę. 

Moje plecy mają intensywny kolor firanek z burdelu. Żaden krem z filtrem nie miał szans ze słoną wodą w takiej ilości, a ona sama zadziałała jak soczewka. Dziwię się, że jeszcze się ruszam.

- To nic takiego, dawaj maskę Przemek, bo czas leci, a ryby się same nie obejrzą.

Zamiast maski Przemek przynosi mi liście aloesu podjumane z sąsiedniego ogródka. Działają jak złoto. Po raz kolejny na cały dzień znikam w wodzie. 

Chciałabym napisać, że wyspa ma piękne wybrzeże, znakomitą latarnie morską i cudowną rozrywką jest wylegiwanie się na miękkim jakby płukanym w Cocolino piaseczku. Niestety, nie mam najmniejszego pojęcia, jakie atrakcje proponuje największa wyspa archipelagu Gili. Wiem za to doskonale, które ryby kręcą się w kółko i jak wygląda godzina z życia paletki. Dostaję prawdziwej korby na punkcie rurki i chociaż jeszcze tego nie wiem, przy planowaniu kolejnych wypraw, pierwsze czego będę szukać to konkretnej rafy w okolicy. 

Po zmroku szukanie żółwi odpada. Na Gili zaczyna się mozolne przygotowanie do nocnego życia. Ciekawostką jest, że piwo w sklepie kosztuje dokładnie tyle samo co w większości knajp, więc można zrezygnować z dziadowania z browarem na plaży, a zamiast tego poczuć się jak człowiek z Zachodu i zamawiać kolejne flaszki z modnej knajpie (0,4 Bintanga kosztuje 25-30 Rupii). Knajpki do wyboru do koloru - od wystawnych restauracji na plaży, po zaćpane imprezownie i gigantyczne puby z muzyką na żywo. Jedne nie wchodzą drugim w drogę.

Mijając zagłębie knajpiane, nieco w mroku zaczyna się pojawiać taki temat:

IMG_20180102_133337_652

 IMG_20180102_133443_132

Narkotyki w Indonezji są srogo zakazane, na Gili jednak nie ma policji, a rząd przymyka podobno oko. Kilkanaście zakamuflowanych lodówką z piwem bud, zaprasza do zabawy. Amatorzy zarzucenia grzybków pomiędzy plażowaniem, a kolacją mogą śmiało oddać się swojej pasji. Ja z dostępnym form zabawy, lubię się zazwyczaj po prostu nawalić, sączę więc kolejnego Bintanga w rockowej knajpie. Gibki Indonezyjczyk odstawia na scenie Bon Jovi, a starzy hipisi z uznaniem potrząsają głowami. Jest ciepło, od morza wieje orzeźwiający wiatr, a nastukani Australijczycy przewracają się na drodze. Tak powinny wyglądać wakacje. 

(Bintang jest w zasadzie jedynym lokalnym piwem dostępnym w Indonezji, i często jednym dostępnym w ogóle. Smakiem i mocą porywa niczym ciepła Tatra)

DSC03533

- Płyń tam gdzie kłębią się ludzie - radzi Przemek, gdy jeszcze na lekkim rauszu zakładam maskę, na drugi dzień. Zna się na rzeczy. Pod kłębowiskiem płetw i opalonych ciał, leniwie porusza się żółw. Kompletnie nie zdaje sobie sprawy, że ma status większej gwiazdy na wyspie, niż chłopaczek od Bon Jovi. Z typową dla żołwi miną łypie na przepływające rybki,  gdy i one mu się nudzą włącza turbodopalanie i w kilka sekund znika z pola widzenia. Tak jest! 

Oparzenia słoneczne natychmiast przestają być męczące, lekki kac odchodzi w zapomnienie, a i Australijczycy wydają się mniej przewracać. Będę wracać do wspomnień żółwia tłocząc się 20 godzin w autobusie z karaoke. Będę wracać do żółwia stojąc w deszczu na przystanku w zimie. I na pewno będę wracać na Gili. 

Gili Trawangan - gdzie turkus wody może przebić tylko stopień wyluzowania lokalsów.

equiz

W Indonezji można złapać dengę albo wściekliznę. Można też zapaść na psycho-fizycznie zaburzenie objawiające się opadającą żuchwą, wybałuszonymi oczami, i wydawaniem dźwięków w stylu "eeeebyyeeee...e..e..eeeekhhh..". Pierwszy raz ta niezręczna przypadłość dopadła mnie u wybrzeży wyspy Gili Trawangan, kiedy nasz speedboat wbił się zręcznie w plażę, a załoga po kolanach w wodzie wystawiała bagaże na brzeg. Do tej pory zakładałam, że zdjęcia w katalogach to dzieło grafików, a idealnie biały piasek i turkusowa woda po prostu nie ma szans istnieć w naturze. A tu Bam! - Kolory mieszają w głowie, jesteśmy w raju. 

DSC03469

Na Gili trafiamy po dobie na Bali - dokąd wrócimy później. Plan na Indonezję mamy dość intensywny. Żeby nie zabrakło nam bateryjek, pierwsze dni postanawiamy spędzić w jakimś urokliwym miejscu, gdzie całymi dniami można prażyć się na plaży, żreć krewetki i pić piwo. Gili wydawało się na tę okazję ideale.

Archipelag, a w zasadzie archipeladżek Gili, składa się z trzech wysp. Naszym łupem trafia Trawangan - największa i znana powszechnie jako mekka lubiących upadlać się do białego rana na niezliczonych dyskotekach. Niech Cię to nie zmyli drogi czytelniku. Nie wybieramy Trawanganu żeby tańczyć po piksach na plaży, ale dlatego, że ma największa bazę noclegową, najtańszą opcję żeby zjeść, a i plażę nienajgorszą. A, że (tak, tak!) jesteśmy po sezonie, huczne bibki niespecjalnie powinny nam przeszkadzać. 

 Jeśli miałabym sparować Gili z jakimś słowem w tym okresie, wybrałabym "przysypianie". Życie na wyspie jest leniwe jak diabli, a horror story o imprezowni cała dobę wydają się mocno przesadzone (tak wiem, zaczyna się pora deszczowa, nie, nie twierdzę że w lecie nie można się tu zabawić). Na całej wyspie nie da się wpaść pod skuter czy samochód, po utwardzonych drogach poruszają się tylko rowery i zaprzęgi konne. Kto jeździ w karocy ten dziad, bo wyspę da się przejść z buta w godzinę, a konie i tak mają dużo roboty z rozwożeniem cegieł czy butelkowanej wody. 

DSC03455

W ciągu dnia ciężko stwierdzić, że jesteśmy w turystycznym miejscu. Większość przyjezdnych wypłynęło na nurkowanie, odsypia kaca, albo szykuje się mentalnie do wieczornych aktywności. Większość miejscowych wypłynęło z turystami na nurkowanie, odsypia kaca albo szykuje się do wieczornej pracy. Ciężko stwierdzić, które restauracje i sklepy są otwarte i kto tak naprawdę tam pracuje. Ta cecha Gilijczyków(?) od razu poprawia mi humor.  

Drodzy państwo, szybki Quiz. Ile osób potrzeba do obsługi wypożyczalni masek i płetw, która mieści się w budce 1 m x 1 m. a) jedna b) dwie c) trzy d) żadna z powyższych odpowiedzi nie jest poprawna, a do obsługi potrzeba co najmniej pięciu - sześciu ziomków, którzy na zmianę udają, że coś robią, podczas gdy reszta pali fajki, podrywa turystki i głośno się śmieje? Tak, chyba już wiecie. Genialny przykład eliminacji bezrobocia. W każdej budce, kantorze czy na statku siedzi tłum ludzi, niektórzy chyba w pracy, inny brzdękają z nudów na gitarce koleżkom, których tego dnia lokalny bóg pokarał pracą. Patrząc na nich micha się cieszy, a rozum prababki, że nie zauroczyły się w jakimś wyspiarzu i nie powiły babek w otoczeniu palm. Relaksem jaki bije od wszystkich ziomków, którzy w kolorowych okularach i koralikach na szyi suszą śnieżne zęby przy rajskiej plaży można by obdzielić całą Europę Środkowo-Wschodnią i jeszcze by się może załapała Kanada. Automatycznie chcesz być nimi, chcesz mieszkać na Gili i handlować pocztówkami 2 godziny, a resztę dnia spędzając na robieniu sobie jaj z turystów. 

DSC03431

Nie inaczej do tematu podchodzą "właściciele" naszego hostelu. Chłopaki postawili parę bungalowów w centrum wyspy. Ciutkę nie trafili z lokalizacją, bo bungalowy świetnie prezentują się na plaży, gorzej koło targu rybnego i pastwiska dla krów. Tak, tracąc z oczy wybrzeże Gili zmienia się w regularną wioskę, z wszystkimi śmieciami, kurami i blachą falistą. Wygląda mniej więcej tak:

DSC03368

 DSC03359

Panowie są uroczy. Wiemy to już w trakcie meldowania:

- Mamy rezerwację z bookingu -

- Yyy tak? No dobra, tu są klucze -

- Ok jakieś dane? paszporty? Może pieniądze? -

- Yyy, to w sumie później może -.

Codziennie jednak odkładają na chwilę dżointy i garną się do sprzątania, gdy wracasz z plaży witają Cię frazą "Welcome home", a wieczorem zapraszają na bimberek. Bimberku z uporem odmawiamy wystraszeni historiami o metanolowych zgonach w rejonie, poza tym przyjaźń rozwija się znakomicie. I nawet gdyby byli ordynarnymi gburami to miałabym ochotę codziennie ich przytulać, bo trzeba mieć narypane w głowie, żeby na Gili na cokolwiek się wkurzać. 

 DSC035031DSC03443DSC03454

 

© Ciuranie krawężników
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci